Mokradła pamiętają. O tym, jak tradycyjna wiedza ekologiczna może stać się pomocna w ochronie przyrody

2 godzin temu
Zdjęcie: Mokradła pamiętają.


Historia mokradeł pisze się w terenie – w porze koszenia, w tym, jak woda stoi po roztopach albo jak gwałtownie odpływa latem, w roślinach, które wracają po mokrej wiośnie i tych, które znikają po suchym sezonie. Dr Joanna Sucholas, etnobiolożka, edukatorka, zielarka i rolniczka agroekologiczna, pokazuje, iż pamięć krajobrazu ma także ludzki wymiar: przez pokolenia utrwalała się w języku, w sposobach użytkowania i w rozumieniu otaczającej przyrody. W rozmowie z Agnieszką Hobot opowiada, dlaczego tradycyjna wiedza ekologiczna nie jest etnograficzną ciekawostką, ale materiałem, który może wspierać ochronę przyrody, jeżeli potraktuje się go jako wartościowe dane, osadzone w kontekście i sprawdzone w dialogu z nauką. Bo zanim zaczniemy planować renaturyzację rzek, ochronę podmokłych łąk czy małą retencję, warto posłuchać tych, którzy przez lata żyli w rytmie wody i nauczyli się czytać mokradła jak mapę.

Agnieszka Hobot: Co sprawiło, iż zdecydowała się Pani jako biolożka zająć tradycyjną wiedzą mieszkańców mokradeł? Skąd wziął się ten kierunek badawczy? I jak wyglądała droga do tego tematu?

Joanna Sucholas: Powiem szczerze: droga do tematu, którym zajmuję się badawczo, była dość długa. Mimo iż z natury jestem humanistką, od zawsze zachwycała mnie przyroda, więc ciekawość tego, jak ona działa, sprawiła, iż wybrałam biologię jako kierunek studiów. Zafascynowały mnie szczególnie rośliny i to przede wszystkim w kontekście ich znaczenia w życiu człowieka, na przykład zastosowania lecznicze. adekwatnie moją pierwszą pasją była etnobotanika – zaczęłam ją zgłębiać jeszcze w trakcie studiów. Chodzi w niej o to, jak rośliny są wykorzystywane przez ludzi, jak wpisują się w lokalne praktyki i tradycje, jakie są na ich temat wyobrażenia i wierzenia. Równie mocno interesowały mnie wątki kulturowe, szczególnie dotyczące polskiej tradycji i dziedzictwa wsi – był to etap, kiedy zaczęłam świadomie szukać połączenia między biologią a doświadczeniem i wiedzą społeczności, a nie tylko naukowców.

Przełomem było dla mnie odkrycie, iż wiedza lokalnej społeczności może mieć znaczenie w ochronie przyrody. Tego typu badania od kilkudziesięciu lat są prowadzone w innych krajach europejskich: istnieje nurt, który zgłębia tradycyjną wiedzę i praktyki ludzi żyjących przez wiele pokoleń w określonym ekosystemie. Bo jeżeli społeczność mieszka w danym krajobrazie, pozostaje z nim w bliskim kontakcie i pracuje w nim dzień po dniu, wykorzystując różne surowce, to w naturalny sposób rozwija praktyczną wiedzę o przyrodzie – o jej cyklach, możliwościach użytkowania, a także o ograniczeniach. Co więcej, zaczęłam rozumieć, iż właśnie te wieloletnie praktyki często współtworzyły ekosystemy, które dziś uznajemy za szczególnie cenne – tak zwane siedliska półnaturalne, seminaturalne. I to było dla mnie prawdziwe olśnienie: człowiek nie zawsze jest intruzem wobec przyrody i w wielu przypadkach jego obecność i działalność były elementem, który taki krajobraz utrzymywał i wspierał. Innymi słowy: część tego, co jest przyrodniczo cenne i dziś chronimy, powstała i trwała dzięki działaniu ludzi oraz ich wiedzy.

Wtedy pojawiło się pytanie: skoro próbujemy te ekosystemy chronić, to dlaczego tak często robimy to, nie pytając o wskazówki ludzi, którzy w danym krajobrazie żyją od dawna? O to, co dokładnie praktykowali, jak to wyglądało w detalu, jakie miało tempo i rytm, od czego zależało. Jaka jest perspektywa lokalnej społeczności i sposób postrzegania tych ekosystemów. My, naukowcy, przychodzimy jako osoby z zewnątrz, przekonani, iż najlepiej wiemy, co służy lokalnej przyrodzie. Ale czy na pewno tak jest? Warto się nad tym zastanowić. Dla mnie, jako osoby studiującej biologię, było to szczególnie mocne, bo kiedy uczyłam się o siedliskach półnaturalnych, na przykład o łąkach, mówiło się dość lakonicznie, iż wymagają ingerencji człowieka. Natomiast nie padało pytanie: jak dokładnie użytkowano łąki, jak wyglądały dawne, tradycyjne praktyki, czy mają znaczenie również teraz, no i najważniejsze – nikt nie pytał, kto za tymi działaniami stoi. W tym sensie to było dla mnie kolejne olśnienie – samo określenie ingerencja, potrzeba koszenia, są za mało precyzyjne, jeżeli nie poznamy dokładnych praktyk, lokalnego kontekstu i nie dostrzeżemy roli ludzi w tej układance.

Dużo dały mi doświadczenia międzynarodowe. Przez parę lat jeździłam na szkołę etnobiologiczną, etnoekologiczną na Węgry. To tam nauczyłam się, jak prowadzi się takie badania, zbiera dane w terenie. Węgrzy mają w tym stosunkowo duże doświadczenie – działa tam dość spora społeczność etnobiologów. Co ciekawe, krajobraz tego kraju w dużej mierze ukształtowany jest przez wypas zwierząt hodowlanych i Węgrzy uwzględniają ten fakt w ochronie przyrody. Jeden z naszych obozów naukowych odbywał się na terenie parku narodowego, w którym z jednej strony chroni się bioróżnorodność, ale z drugiej rozumie, iż ta bioróżnorodność w dużej mierze trwa dzięki wypasowi i jest on tam oficjalnie wspierany. Prowadzi się dialog z pasterzami: konsultuje rozwiązania, włącza ich tradycyjną wiedzę, traktuje jak partnerów, a nie jako problem do usunięcia z krajobrazu. To było dla mnie ważne doświadczenie, bo pokazało, iż te podejścia da się łączyć w sposób sensowny, a nie deklaratywny.

Równolegle zaczęła się moja polska ścieżka: szukałam miejsca, gdzie mogłabym prowadzić badania nad tradycyjną wiedzą ekologiczną. Nie chciałam wyjeżdżać za granicę tylko po to, by mieć pewność, iż znajdę społeczności i krajobrazy, w których taka wiedza jeszcze funkcjonuje – zależało mi, żeby zgłębić taki kontekst w naszym kraju, również dlatego, iż ważne jest dobre rozumienie języka, który najczęściej jest lokalny, gwarowy. A to wcale nie było proste, bo ta wiedza drastycznie zanika. Dziś bywa już w zasadzie reliktem, zwłaszcza jeżeli mówimy o przekazie ustnym. Wiemy, jak radykalnie zmienił się styl życia w ostatnich dekadach, jak bardzo społeczeństwo się zglobalizowało (również wiejskie), a rolnictwo zintensyfikowało. Tymczasem tradycyjna wiedza rozwija się i utrzymuje tylko wtedy, gdy istnieją określone warunki: wielopokoleniowe życie w danym krajobrazie, częsty i bliski kontakt z naturą, ciągłość praktyk, ich ekstensywny i wyrafinowany charakter i powtarzalność działań w rytmie sezonów.

Dlatego szukałam miejsca, gdzie taki tradycyjny sposób życia utrzymał się dłużej i gdzie wciąż mogą być ludzie, którzy pamiętają dawne praktyki i potrafią o nich opowiadać. Nośnikami wiedzy najczęściej są osoby w podeszłym wieku: pamiętają tradycyjne rolnictwo, lokalne sposoby użytkowania mokradeł czy łąk, mają swoje długoletnie obserwacje przyrodnicze, które nie zostały zapisane w żadnym podręczniku, a jednak były przez dekady sprawdzane w praktyce. I tak, krok po kroku, ten kierunek badawczy stał się dla mnie naturalnym wyborem – połączeniem biologii, etnobotaniki, doświadczeń terenowych i przekonania, iż perspektywa lokalnych społeczności jest realną częścią opowieści o przyrodzie, a nie przypisem na marginesie.

A.H.: Jakie przykłady wiedzy mieszkańców Doliny Biebrzy najbardziej Panią zaskoczyły, bo okazały się trafne z punktu widzenia hydrologii albo funkcjonowania ekosystemów?

J.S.: Na początku zaskoczyło mnie w ogóle to, iż ta wiedza przez cały czas tam jest. Kiedy pojechałam na pilotażowe badania w 2017 r. i zaczęłam odwiedzać wioski, to kilka wiedziałam o etnografii tych miejsc. Nie ma zbyt wiele opracowań, które mogłyby mi pomóc w stawianiu pytań i w rozpoznaniu lokalnych sposobów mówienia o bagnach. Miałam raczej ogólne przesłanki: iż nad Biebrzą jest dużo otwartych ekosystemów, iż występują łąki, także bagienne, i iż dawniej prowadzono tam wypas i pokosy na siano. Wiedziałam też, iż na Podlasiu tradycyjne rolnictwo w wielu miejscach utrzymało się dłużej niż w innych regionach, na przykład w Wielkopolsce, z której pochodzę. Miałam nadzieję, iż ludzie będą jeszcze pamiętać dawne życie i praktyki.

I rzeczywiście, kiedy zaczęłam rozmawiać ze społecznością, bardzo gwałtownie okazało się, iż ma ona swój własny, spójny sposób opisywania bagien. W metodologii etnobiologicznych badań na początku stawia się pytania ogólne: czy ktoś jeszcze użytkuje łąki bagienne, kiedy robił to ostatni raz, czy pamięta koszenie bagien kosą, jak wyglądał wypas, jak się planowało prace w sezonie. To są pytania, które otwierają opowieść. Wywiad na początku ma być otwarty, pozwalający poznać świat rozmówcy i to, jak go widzi, a nie wprowadzać od razu kategorie z zewnątrz. To jest bardzo ważne, bo ludzie czasem mają wrażenie, iż egzaminuję ich z wiedzy szkolnej, iż muszą odpowiedzieć tak, jak jest w podręczniku. A kiedy daje się im przestrzeń na opowieść, zaczynają mówić po swojemu, własnym językiem i własnym porządkiem.

I właśnie ten język był dla mnie pierwszym, mocnym zaskoczeniem. Od razu usłyszałam, iż mają swoje sposoby na opisywanie bagien i ich roślinności, iż mówią: tu rośnie rzeżucha, tam jemioła, tam lepka i mózga i iż to ich lokalne nazewnictwo, określające rośliny, które mają inne naukowe nazwy. Odkrywałam, iż ludzie posiadają tam własną taksonomię i ekologię, czyli sposób porządkowania i opisywania świata roślin i siedlisk. To było moje pierwsze doświadczenie badawcze żywej wiedzy tradycyjnej, głębokiej, błyskotliwej i celnej w swojej naturze. Czułam, iż dużo się uczę od tych ludzi.

Co więcej, uderzyło mnie, jak bardzo ten biebrzański sposób klasyfikowania pokrywa się z tym, co antropolodzy opisują u różnych społeczności rdzennych i lokalnych na świecie. Społeczności tradycyjne w naturalny sposób porządkują świat roślin, który wszędzie ma ten sam schemat: rozróżniają drzewa, krzewy, zioła, trawy, a potem dopiero schodzą na niższe poziomy szczegółowości. I kiedy rozmawiałam z ludźmi nad Biebrzą, widziałam dokładnie ten sam porządek. To sprawiło, iż poczułam, iż dotykam czegoś bardzo tradycyjnego, bardzo starego, osadzonego w długim doświadczeniu życia w tym krajobrazie.

Na tym etapie to było dla mnie najbardziej uderzające: nie pojedyncza informacja, ale to, iż istnieje spójny język, spójna klasyfikacja i spójny sposób myślenia o bagnach. I iż jest to wiedza wypracowana przez tych ludzi, pozwalająca im opisywać roślinność, mokradła i ich zmienność w sposób dla nich lokalnie specyficzny. To było dla mnie spotkanie z czymś bardzo wyjątkowym, w dodatku usłyszanym od osób, u których ta wiedza jest przez cały czas bardzo żywa. Rzadko ma się okazję doświadczać takiej ciągłości tradycyjnej perspektywy w mowie i w praktyce.

A.H.: W jaki sposób lokalne obserwacje dotyczące wody, roślin czy sezonowości zjawisk mogą wspierać planowanie działań ochronnych, na przykład renaturyzację rzek, ochronę torfowisk albo małą retencję?

J.S.: Przede wszystkim trzeba zaznaczyć, iż zanim taka wiedza w ogóle przełoży się na konkretne działania, jej wdrożenie musi poprzedzić rzetelne gromadzenie danych. Mam na myśli dobre badanie, przeprowadzone przez specjalistów, którzy potrafią tę wiedzę rozpoznać, zebrać i opisać. I jest to zadanie dla etnobiologów: osób z jednej strony z kompetencjami antropologicznymi, które potrafią tę wiedzę dostrzec i zrozumieć w jej własnym kontekście, a z drugiej – z mocnym zapleczem biologicznym i przyrodniczym, żeby ocenić jej wartość i to, na ile da się ją sensownie wykorzystać.

Bo prawda jest taka, iż praktyki były różne. Mówiąc praktyki, mam na myśli to, co ludzie realnie robili w krajobrazie. I zawsze trzeba się zastanowić i zweryfikować, czy to, co było stosowane kiedyś, jest przez cały czas słuszne, zgodne ze współczesną wiedzą i celami ochrony. Czasem możemy dojść do wniosku, iż pewnych rzeczy nie powinno się powtarzać, choćby jeżeli kiedyś były elementem tradycyjnego użytkowania. W moich badaniach przewijał się na przykład wątek wykaszania rzeki. I taka praktyka od razu rodzi pytanie: czy to jest coś, co miałoby dziś sens z punktu widzenia ochrony przyrody, czy raczej coś, co byłoby niekorzystne i szkodliwe? Czy warto to w ogóle zgłębiać i adaptować, czy lepiej potraktować jako element historii użytkowania? Ja akurat nie jestem specjalistką od hydrologii rzek, więc nie będę rozstrzygać, czy to dobry kierunek, ale taka wiedza uruchamia pytania, które potem trzeba przepracować merytorycznie, już w dialogu z nauką i praktyką ochrony. I o to właśnie chodzi w mojej pracy.

Warto też zaznaczyć, iż w moim przypadku sytuacja była pod pewnymi względami wyjątkowa, bo mogłam rozmawiać z ludźmi, którzy jeszcze posiadają bardzo głęboką wiedzę wynikającą z ich własnego doświadczenia, głównie z czasów młodości. Tradycyjna wiedza zanika jednak w ustnym przekazie, znika wraz z odchodzeniem najstarszych jej depozytariuszy. Robiłam analizy i było wyraźnie widać, iż młodsze pokolenia wiedzą już znacznie mniej niż starsze osoby. Zmienił się styl życia i pracy, młodzi rolnicy mają diametralnie mniejszy kontakt z bagnami, nigdy nie kosili kosą, nie wypasają już zwierząt na bagnach, pracują na traktorach. Ta wiedza nie ma jak się utrwalać i wytwarzać. Dlatego ma sens dokumentowanie tego, co jeszcze funkcjonuje w pamięci najstarszych.

A jeżeli przekaz ustny jest już bardzo ograniczony, to przez cały czas możemy szukać w źródłach pisanych: w zapisach i opracowaniach historycznych, materiałach etnograficznych dotyczących danych terenów. adekwatnie je analizując, można wydobyć tradycyjną wiedzę, odtworzyć elementy dawnych praktyk i lepiej zrozumieć, jak człowiek współkształtował ekosystemy, które dziś uznajemy za cenne.

I wreszcie, to podejście ma szczególny sens w miejscach, gdzie praktyki ludzi rzeczywiście odgrywały rolę w utrzymaniu bioróżnorodności albo w funkcjonowaniu siedlisk półnaturalnych. Lokalna obserwacja może być dodatkowym źródłem danych: o wodzie, o roślinach, o sezonowości i o tym, jak krajobraz reagował na konkretne praktyki. Ale żeby to dobrze działało, trzeba najpierw rzetelnie rozpoznać temat, potem ocenić, a dopiero na końcu sensownie włączyć tradycję do planowania działań ochronnych. Nie wiem, czy to adekwatnie wyjaśniłam.

Krajobraz wokół Biebrzy; zdj. ArturBociarski/Depositphotos

A.H.: Bardzo trafnie i zrozumiale Pani to ujęła. Gdybyśmy jednak spróbowały usystematyzować zagadnienie: jak rzetelnie prowadzić badania nad tradycyjną wiedzą ekologiczną, jak traktować tę wiedzę jako źródło danych środowiskowych, a nie jedynie ciekawostkę etnograficzną?

J.S.: Powiedziałabym, iż jest to temat złożony i trudno go zamknąć w prostym opisie krok po kroku. Ale jeżeli miałabym wskazać fundament, od którego wszystko się zaczyna, to jest nim uznanie, iż coś takiego, jak tradycyjna wiedza lokalnych społeczności istnieje i iż jest ona wartościowa i ma swój praktyczny wymiar. W naszym środowisku, wśród osób zajmujących się ochroną przyrody, wciąż jest to praca do wykonania: żeby zobaczyć, iż lokalne społeczności historycznie współkształtowały pewne ekosystemy i iż ich praktyki miały sens ekologiczny w konkretnych warunkach.

Mówię to też trochę polemicznie, bo wiem, jak działa obiegowa opinia, także publiczna, i jak często funkcjonuje ten schemat: człowiek, zwłaszcza lokalny, jest postrzegany jako ktoś, kto niszczy. I rzeczywiście, historycznie, ale też współcześnie, często jest to prawda, bo intensyfikacja rolnictwa, melioracje, osuszanie i przekształcenia krajobrazu faktycznie degradują mokradła i wiele innych siedlisk. Tylko iż to nie wyczerpuje tematu. Jest różnica między tym, co dzieje się dziś, a tradycyjnym rolnictwem. Szereg dawnych, ekstensywnych praktyk miało zrównoważony charakter i odegrało kluczową rolę utrzymaniu cennych siedlisk, mozaiki krajobrazu i bioróżnorodności. I moim zdaniem pierwszym wyzwaniem jest właśnie przełamanie tej jednowymiarowej narracji i uznanie, iż w pewnych kontekstach człowiek nie był wyłącznie czynnikiem presji, ale także pozytywnym elementem podtrzymującym najważniejsze procesy.

Drugi krok to otwarcie się na pracę interdyscyplinarną. Taka wiedza nie odsłania się sama i nie da się jej rzetelnie zebrać bez przygotowania antropologicznego. Dlatego trzeba włączać do pracy antropologów, a najlepiej etnobiologów, czyli osoby, które potrafią łączyć perspektywę kulturową z przyrodniczą. Chodzi o to, żeby z jednej strony umieć tę wiedzę dostrzec i zrozumieć w jej własnym języku, a z drugiej – potrafić ocenić i wybrać to, co dla ochrony przyrody może być przydatne.

I dalej, to już wchodzi w obszar, który jest bardziej proceduralny, czasem wręcz instytucjonalny. Nie pracowałam przy tworzeniu planów ochrony i nie znam dobrze wszystkich mechanizmów legislacyjnych czy urzędowych. Ale z tego, co dowiedziałam się na Węgrzech, myślę, iż musi się pojawić mechanizm dialogu. To znaczy: zapraszanie do rozmowy osób, które mają najgłębszą wiedzę w danej społeczności. Tradycyjna wiedza nie jest przynależna każdemu mieszkańcowi w podeszłym wieku. zwykle są to osoby wyjątkowe – świetni obserwatorzy, pamiętający detale, potrafiący opisać zmienność terenu, rytm sezonów, zachowanie wody, reakcje roślinności. I warto ich włączać nie po to, żeby ozdobić proces konsultacjami, tylko po to, żeby rzeczywiście usłyszeć, co widzą i jak to rozumieją.

I jeszcze jedna rzecz, która moim zdaniem jest kluczowa, a bywa trudna: uznanie, iż nie trzeba być akademikiem, żeby posiadać wartościową wiedzę. W naszej kulturze mocno cenimy formalne wykształcenie. Tymczasem nośnikami tradycyjnej wiedzy są osoby, które właśnie nie zawsze skończyły wiele szkół, ale są niezwykle wnikliwe, bystre, mają pamięć do szczegółów i wieloletnie doświadczenie w terenie. I to też jest część tej zmiany: nauczyć się okazywać szacunek i traktować tę perspektywę jako równorzędny głos w rozmowie o krajobrazie i ekosystemach.

Gdybym miała to podsumować: pierwszy krok to uznanie wiedzy lokalnych społeczności i zrozumienie kontekstu historycznego, drugi – interdyscyplinarność i rzetelna metodologia, a trzeci – stworzenie realnego dialogu z ludźmi, którzy tę wiedzę mają. Natomiast nie jest to temat, w którym da się dziś w Polsce po prostu wyłożyć gotowy przewodnik krok po kroku. Myślę, iż jesteśmy dopiero na etapie otwierania się na tę perspektywę i podejmowania prób włączania jej w praktykę ochrony przyrody.

Idź do oryginalnego materiału