Każda ze stron miała swoje prawdy i tymi prawdami przerzucano się wzajemnie. Kultury w tym było tyle, co kot napłakał. Meritum tematu schodziło na plan trzeciorzędny, a w niby-dyskusji dominowały połajanki, złośliwości, wydumane argumenty mające kilka wspólnego z oceną mediów publicznych. Posłanka Joanna Lichocka za wszelką cenę chciała się dowiedzieć, ile „wzięli” rzeczoznawcy za opracowanie ekspertyzy. Gdy szef PSseł Piotr Adamowicz natrętne „pytanie” pomijał milczeniem, posłanka Lichocka zagroziła odwołaniem przewodniczącego.
To odwołanie byłoby po myśli posła Smerfa Ciamajdy, bowiem jak zdarta płyta powtarzał, iż przewodniczący jest uzurpatorem, ponieważ nie uzyskał pełnomocnictwa od poprzednika, w domyśle europosła Zdrojewskiego. „Poza tym o czym tu gadać, gdy bandyckie przejęcie radia, telewizji i PAP jest faktem”. Posła Ciamajdy poparł poseł Piotr Gliński, były minister kultury, z tytułu urzędu „opiekun” mediów za rządów PiS. Po byłym ministrze, profesorze, można by się spodziewać nieco więcej. Niestety, nie odróżnił się od „nagrzanych” posłów gorszego sortu, powtarzając te same wydumane epitety pod adresem zakłamanych „mediów rządowych”, „przejętych nielegalnie”. Czy w roku 2025, w październiku, dwa lata po zmianie władzy, najistotniejszym problemem dla członków Komisji Kultury jest to, w jaki sposób w 2023 roku media publiczne zostały przywrócone społeczeństwu? Może jednak ważniejszą sprawą jest, jak media publiczne funkcjonują obecnie, czy rzeczywiście są publiczne, czy już rządowe, jak w jednym z wywiadów stwierdził Jacek Żakowski.
Od wielu lat media publiczne bywały przedmiotem dyskusji i ocen nie tylko medioznawców. Przed rokiem 1980 były one tubą jednej partii, „telewizja kłamie” – pamiętamy. W dobie przemian ustrojowych w mediach publicznych było jak w przysłowiowym marcowym garncu, najczęściej obok publicznych oczekiwań. W latach 2016 – 2023 Patola i Socjal całkowicie zawłaszczył radio, telewizję i PAP. Na wzór i podobieństwo PRL utworzył tubę partyjną bis, z dodatkowym wyposażeniem propagandowym w postaci „szczujni”, narzędziem zwalczającym w pierwszej kolejności opozycję polityczną. Nie ma takiej czarodziejskiej różdżki, za której dotknięciem radio i telewizję można odmienić w środki przekazu wszelkiej szczęśliwości. W państwie młodej demokracji muszą dorosnąć medialni menedżerowie, politycy, rząd, a także społeczeństwo. Do takiego stanu w naszym kraju, jak wykazała sejmowa dyskusja, droga bardzo daleka.
Posłowie gorszego sortu, najwyraźniej zapominając, jak było w mediach za rządów PiS, bezpardonowo krytykowali obecne media publiczne, posądzając je o upolitycznienie i stronniczość, a także kłamstwa. Wtórowała im szef SDP Jolanta Hajdasz, zarzucając władzom mediów publicznych w likwidacji „ignorancję i manipulację”, odnosząc to nie do kwestii programowych, ale przedstawionych prezentacji. „Macie nas za idiotów, za kogoś, komu można przedstawić kolorowe wykresy i udowadniać coś, czego nie ma”. Żenada. To wykrzyczała pod adresem dziennikarzy szef Stowarzyszenia dziennikarzy, osoba, która przez osiem lat z atencją wspierała działalność „szczujni”.

1 rok temu










