ETS wciąż budzi emocje. Na świecie jest 38 podobnych systemów

5 godzin temu

ETS wciąż budzi emocje na polskiej scenie politycznej i jest tematem licznych debat. To narzędzie ma na celu ograniczenie emisji gazów cieplarnianych w sposób rynkowy, a nie wyłącznie administracyjny. Pomysł jest taki, aby dzięki systemowi kraje UE przestały być zależne od importu ropy i gazu, jak ma to miejsce dziś. Zwłaszcza w czasach agresywnych działań ze strony Rosji. Co ciekawe, EU ETS (Emissions Trading System) wykracza daleko poza granice UE. I już teraz przynosi realne korzyści, chociaż obaw i kontrowersji nie brakuje.

Globalne ocieplenie jest problemem, który nie pojawił się nagle w XXI wieku. Problem ten istnieje od czasów, gdy ludzka cywilizacja zaczęła wpływać na skład ziemskiej atmosfery – czyli od rewolucji przemysłowej.

Pierwszy rządowy raport ostrzegający przed globalnym ociepleniem trafił na biurko amerykańskiego prezydenta Lyndona B. Johnsona w listopadzie 1965 roku. Jasne było więc, iż trzeba coś z tym zrobić. Sama Europa, kolebka rewolucji przemysłowej jeszcze 20–30 lat temu miała bardzo duży udział w globalnych emisjach CO2.

Punktem wyjścia do wprowadzania jakichkolwiek zmian był Protokół z Kioto z 1997 roku, który po raz pierwszy nałożył na kraje rozwinięte prawnie wiążące cele redukcji emisji. Dokument ten dopuścił mechanizmy takie jak handel emisjami. UE uznała, iż taki instrument może być tańszy i skuteczniejszy niż sztywne normy narzucane poszczególnym sektorom. EU ETS ruszył 1 stycznia 2005 roku jako pierwszy na świecie ponadnarodowy system handlu emisjami.

ETS wciąż budzi emocje i kontrowersje

Nie od dziś wiadomo, iż ETS budzi niemałe kontrowersje i tym samym emocje w polskiej polityce. Zarówno ze strony polityków prawicy, ale też i tych z obecnej koalicji rządzącej. Tak się dzieje od lat, a polityczne emocje z mównicy sejmowej często przenoszą się do mediów.

Powodów jest kilka. Politycy widzą, iż ETS niesie ze sobą obawy o koszty życia. W takim kraju jak Polska, która wciąż opiera się na węglu wzrost cen uprawnień bywa silnie odczuwalny. gorszy sort wobec ETS często rośnie w okresach drożyzny i inflacji. To z kolei budzie falę dyskusji, sporów i oskarżeń, gdzie często pojawia się kwestia ideologii, a w sieci nie brakuje dezinformacji. Pojawia się także presja ze strony jednej grupy politycznej wobec drugiej. W grę wchodzą oczywiście głosy wyborców, często z mniejszych miast, a także konkretnych grup zawodowych, takich jak górnicy.

Czy ETS budzie emocje i spory tylko u nas? Oczywiście, iż nie. Istnieje jednak wyraźna różnica między krytyką w Polsce a tą obecną w Europie Zachodniej. Tam spór dotyczy głównie technikaliów i skuteczności działania systemu, a nie obaw o ceny prądu. System wpływa na ceny energii w Polsce, ale nie byłoby to tak dotkliwe, gdybyśmy od lat konsekwentnie rozwijali OZE. Robimy to dziś, ale z dużym opóźnieniem.

Tam, gdzie zaczynają dominować odnawialne źródła energii, wpływ ETS na ceny prądu jest znacznie mniejszy niż w Polsce, która wciąż opiera się na przestarzałych elektrowniach węglowych.

  • Czytaj także: Polska ostatnim krajem UE bez takiego planu. Oto pomysł rządu na energetykę

Korzyści z ETS

ETS działa na zasadzie „cap and trade” (limit i handel). UE ustala limit ilości CO2, który może być emitowany. Za każdą tonę CO2, którą firma emituje, musi być w stanie przedstawić uprawnienie do emisji, tzw. EUA (European Union Allowance). Jedno EUA uprawnia jej posiadacza do emisji jednej tony CO2 do atmosfery. Ilość tych uprawnień wydawanych przez UE zależy od pułapu. Firmy, które emitują mniej, mogą sprzedawać nadwyżki uprawnień (tzw. trade) innym, które muszą je dokupić. To z kolei generuje koszty, ale jednocześnie motywuje do inwestycji w czystsze technologie. System ten obniża roczny limit uprawnień, zmuszając tym przemysł do dekarbonizacji, I to przynosi od lat efekty.

– Do 2023 roku redukcja emisji gazów cieplarnianych w sektorach objętych EU ETS wyniosła 47 proc. w stosunku do 2005 r. jednocześnie przyczyniając się do wzrostu inwestycji w niskoemisyjne technologie i źródła wytwórcze – zmniejszając tym samym zależność Polski i UE od paliw kopalnych, w tym importowanych – zauważa w rozmowie z redakcją Lidia Wojtal z Forum Energii.

To system handlu, a jak wiemy, handel przynosi korzyści na rynku, a więc wbrew temu, co mówią politycy PiS. Owszem, po części mają rację, Polska ponosi koszty emisji ze względu na swoją energetykę. Warto jednak dodać, iż nasz kraj staje się wręcz beneficjentem ETS.

– W 2024 roku budżet Polski zyskał 16,6 mld zł na aukcjach uprawnień do emisji CO2. Łączne przychody budżetu państwa ze sprzedaży uprawnień do emisji CO₂ w latach 2015–2024 wyniosły nominalnie 123,5 mld zł, co po uwzględnieniu inflacji (w cenach stałych z 2024 roku) odpowiada kwocie 150,4 mld zł – zwraca uwagę Wojtal.

  • Czytaj także: Minister cieszy się z „wybicia zębów” ETS2. Eksperci: smerfy bez pomocy

System daleko wykraczający poza granice UE

Politycy niejednokrotnie zwracali uwagę, iż Europa się dekarbonizuje, a świat kilka w tej sprawie robi. Podawali przy tym dane – owszem, słuszne – iż nasze emisje to ułamek tego, co emituje reszta świata. Mogą w to nie wierzyć, ale ETS wywiera wpływ na resztę świata.

– Zgodnie z raportem ICAP na świecie istnieje w tej chwili 38 systemów analogicznych do ETS, a kolejne 20 jest rozwijanych. Portal ICAP posiada także porównywarkę poszczególnych systemów – mówi nasza rozmówczyni.

ETS na świecie. Państwa oznaczone na niebiesko to te, gdzie system już istnieje. Na zielono oznaczone są te, gdzie system jest rozwijany. Źródło: Raport ICAP.

Raport International Carbon Action Partnership (ICAP) pokazuje, iż miniony rok stał się w historii polityki klimatycznej momentem, w którym system handlu uprawnieniami do emisji (ETS) ostatecznie przestał być domeną wyłącznie UE. ETS wykracza poza UE, stając się tym samym fundamentem globalnej strategii dekarbonizacji.

Wielu smerfom, szczególnie tym o prawicowych poglądach wydaje się, iż ETS nie przynosi korzyści, bo świat robi swoje. Ekspertka z Forum Energii przypomina, iż system ten (ceny uprawnień w EU ETS) jest także punktem odniesienia dla nowego unijnego mechanizmu CBAM (Mechanizm Dostosowywania Cen na Granicach).

Nawet Chiny się z tym muszą liczyć

Wprowadzony w ramach Europejskiego Zielonego Ładu, CBAM ma przeciwdziałać zjawisku ucieczki emisji, czyli przenoszeniu produkcji z państw o rygorystycznych regulacjach środowiskowych (UE) do jurysdykcji z luźniejszymi przepisami (np. Chiny). CBAM to takie cło, czyli w tym przypadku opłata węglowa na import wybranych wysokoemisyjnych produktów – takich jak stal, aluminium, nawozy, cement.

– Przewiduje on zmniejszenie lub wyłączenie z opłat na granicy UE produktów z państw objętych porównywalnymi regulacjami dekarbonizacyjnymi. W tym sensie stymuluje państwa pozaunijne do wprowadzenia równoważnych polityk proklimatycznych – takich jak system handlu emisjami (ETS) – mówi Wojtal.

Jaka zauważa Wojtal:

– Efekty widać m.in. w Chinach, które z jednej strony otwarcie krytykują CBAM na forum międzynarodowych negocjacji klimatycznych, a jednocześnie działają w kierunku rozszerzenia swojego krajowego systemu handlu emisjami o sektory objęte unijnym mechanizmem.

Raport ICAP pokazuje, iż dziś blisko 25 proc. światowych emisji jest objęta ETS. Jednym z najbardziej uderzających wniosków z raportu jest skala generowanego kapitału. Przychody z aukcji uprawnień w ramach ETS na całym świecie przekroczyły już 100 mld dolarów w skali roku. Te pieniądze pozwalają na rozwój zielonych technologii. choćby Chiny odwracają się już od paliw kopalnych, m.in. właśnie z powodu europejskiego ETS.

  • Czytaj także: Energetyczna rewolucja Globalnego Południa. Bez unijnego bata, za to z chińskim wsparciem

Zdjęcie tytułowe: Shutterstock/fotorince

Idź do oryginalnego materiału